wyświetlenia
Wywiad pod artykułem
I właśnie ten fragment mówi chyba najwięcej. Nie było w tym ani ekscytacji, ani zadziornej promocji walki, ani udawanego entuzjazmu. Zamiast tego wyszedł obraz zawodnika, który wcale nie chce brać udziału w tym widowisku, ale pojawia się tam, bo potrzebuje pieniędzy i musi załatwić swoje sprawy.
W świecie freak fightów zwykle wszystko opiera się na hałasie, prowokacjach i budowaniu napięcia wokół walki. Zawodnicy prześcigają się w mocnych deklaracjach, opowiadają o formie życia i chęci zdemolowania rywala. Popek poszedł w zupełnie inną stronę. Nie próbował niczego podkręcać. Nie udawał, że lubi miejsce, w którym się znalazł. Wręcz przeciwnie - dał do zrozumienia, że najchętniej siedziałby gdzie indziej, najlepiej po prostu we własnym domu.
To sprawia, że jego powrót nabiera zupełnie innego znaczenia. Nie wygląda jak wielki sportowy come back ani jak wejście do federacji, z której jest dumny. Bardziej przypomina sytuację, w której człowiek robi coś wbrew sobie, bo zmuszają go do tego rachunki i codzienne życie. Właśnie dlatego ta wypowiedź mogła wybrzmieć dla wielu osób aż tak mocno - bo zamiast sztucznej promocji pojawiła się brutalna szczerość.
Można odnieść wrażenie, że Popek nie chciał nawet specjalnie owijać tego w ładne słowa. Powiedział wprost, że mu się nie podoba, a gdy zapytano, gdzie wolałby być, wskazał dom. Trudno o bardziej czytelny sygnał, że jego obecność w Prime nie wynika z sympatii do federacji ani z wielkiej zajawki na walkę.
Rozmowy na Facebooku