Nieudane spotkanie umówione przez aplikację randkową we Wrocławiu stało się w kilka dni jedną z najszerzej komentowanych historii w polskiej sieci. Wpis relacjonujący sprawę zebrał dziesiątki tysięcy wyświetleń, screeny krążą po grupach i forach, a dyskusja dawno przestała dotyczyć samej randki. Chodzi już o to, jak łatwo w internecie postawić komuś zarzut molestowania i jak trudno się z niego oczyścić.

Spotkanie, które nie doszło do skutku

Punkt wyjścia jest prosty. Oboje pisali ze sobą przez kilka dni w aplikacji randkowej i umówili się na spotkanie. Do wspólnego wyjścia nie doszło.

Mężczyzna twierdzi, że kobieta wyglądała zupełnie inaczej niż na zdjęciach z profilu, i zarzuca jej, że wysyłała mu nie swoje albo mocno zmodyfikowane fotografie, zapewniając przy tym, że schudła ponad 45 kilogramów. Po tym, jak wsiadła do jego samochodu, odjechał. W rozmowie pisze, że widzieli się przez trzy minuty.

Wersja opublikowana później w grupie na Facebooku opisuje zupełnie inny przebieg: dojazd na miejsce na własną rękę, wspólny posiłek w restauracji, natrętne pytania o życie seksualne, dotykanie i zniknięcie mężczyzny ze zostawionym rachunkiem.

Zapowiedź, która się spełniła

To, co nadało sprawie rozpęd, to zapis rozmowy z kilku godzin po spotkaniu.

Kobieta zapowiada w nim, że opisze mężczyznę w zamkniętej grupie dla kobiet i że napisze to, co będzie chciała, bo ma zrzuty jego zdjęć. Dodaje, że nie dowie się nawet gdzie, bo mężczyźni nie mają tam wstępu.

W kolejnych wiadomościach pisze, że wystarczy wstawić jego zdjęcie i imię oraz napisać, że chodziło mu tylko o seks, i że w ten sposób opisała już kilku innych mężczyzn, którzy "do dziś nie mogą się z nikim spotkać". Gdy on odpowiada, że ani razu nie pisał niczego o seksie, pada zdanie, że tam nie trzeba mieć żadnych dowodów.

Rozmowa kończy się stwierdzeniem, że prawdą jest to, co ona napisze, a on nie będzie nawet wiedział, co dokładnie o nim napisano, bo nie będzie miał do tego dostępu.

Kilka godzin później wpis rzeczywiście się pojawił. Zawierał zdjęcie mężczyzny, jego imię, wiek, miasto i wykonywany zawód, a więc komplet danych pozwalających go rozpoznać, oraz zarzut zachowań o charakterze molestowania.

Dlaczego to poszło tak szeroko

Grupy ostrzegawcze dla kobiet działają w Polsce od lat, największe liczą dziesiątki tysięcy członkiń. Ich sens jest oczywisty, bo randkowanie z nieznajomymi z aplikacji bywa niebezpieczne.

Ta sprawa wyciągnęła na wierzch coś innego. Wpisy są anonimowe, publikowane przez administratorów, a opisany mężczyzna nie ma jak odpowiedzieć, bo nie ma dostępu do grupy. Dowiaduje się o wszystkim od znajomych, o ile w ogóle się dowie. Do tego dochodzi wprost wypowiedziana w rozmowie zasada, że żadne dowody nie są tam potrzebne.

Właśnie ten mechanizm jest głównym tematem dyskusji, która trwa od kilku dni. Wielu komentujących zwraca uwagę, że narzędzie stworzone do ochrony daje się bez trudu wykorzystać do zemsty za odrzucenie.

x.com

Przeprosiny, których nie napisała

Dobę po wpisie w sieci pojawiło się oświadczenie zatytułowane "PRZEPROSINY", podpisane inicjałami kobiety. Jego autor przeprasza mężczyznę za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji i deklaruje, że zarzuty były bezpodstawne i niezgodne z prawdą.

Dokument opublikowało konto osoby trzeciej. Mężczyzna od razu pyta kobietę, czy to ona go zamieściła, i podkreśla, że niczego takiego jej nie sugerował. Ona odpowiada, że nie ma zamiaru go przepraszać.

W praktyce oznacza to, że jedyny dokument, w którym zarzuty zostały wycofane, nie pochodzi od żadnej ze stron sporu i nie ma żadnej wartości. Kobieta swojego oskarżenia nie odwołała.

x.com

Konsekwencje

Mężczyzna trafił do sieci z imieniem, zdjęciem i zawodem przy zarzucie molestowania. Wpis opisuje go jako nauczyciela, więc oskarżenie tego rodzaju uderza bezpośrednio w jego pracę, na długo przed jakimkolwiek wyjaśnieniem sprawy.

Kobieta została rozpoznana przez użytkowników grup i stała się celem masowego linczu. W sieci pojawiły się jej zdjęcia, ustalenia dotyczące tożsamości i kolejne zarzuty formułowane przez postronne osoby, niepoparte niczym.

Sprawa trafiła na policję

Mężczyzna zapowiedział zgłoszenie sprawy organom ścigania i odmówił usunięcia zrzutów ekranu, powołując się na to, że stanowią dowody. W sieci krąży zdjęcie pouczenia o uprawnieniach pokrzywdzonego w postępowaniu karnym, dokumentu wydawanego po złożeniu zawiadomienia, co potwierdza, że zawiadomienie faktycznie złożono.

Pomówienie o przestępstwo jest w Polsce czynem zabronionym ściganym z oskarżenia prywatnego, a publikacja czyjegoś wizerunku i danych bez zgody może naruszać dobra osobiste.

Czego wciąż nie wiadomo

Materiał, na którym opiera się cała dyskusja, pochodzi ze zrzutów ekranu udostępnionych przez mężczyznę i nie został przez nikogo niezależnie zweryfikowany. Żadna instytucja się w tej sprawie dotąd nie wypowiedziała.

Internet wydał wyrok w kilkadziesiąt godzin. Postępowanie, jeśli ruszy, potrwa miesiącami.

DOWIEDZ SIE WIECEJ:
Ogromny pożar i eksplozje w suszarni w Osięcinach. Wybuchło 10 z 12 zbiorników z gazem
Ogromny pożar i eksplozje w suszarni w Osięcinach. Wybuchło 10 z 12 zbiorników z gazem
Miłosz Kłeczek wepchnął się w wywiad TVP w Sejmie. Wyprowadziła go Straż Marszałkowska
Miłosz Kłeczek wepchnął się w wywiad TVP w Sejmie. Wyprowadziła go Straż Marszałkowska